Chłopska ojczyzna


20-11-2018 21:24:47

Sięgając 100 lat wstecz, chciałoby się pokazać obraz polskiej wsi, która szybko po odzyskaniu niepodległości stawała się coraz piękniejsza i bogatsza, a jej mieszkańcy byli światłymi obywatelami Rzeczypospolitej. Niestety, polska wieś porozbiorowa była bardziej zbliżona do pokazanej przez chrześniaczkę Marszałka Piłsudskiego Wandę Wasilewską w książce pt. „Ojczyzna” niż do tego, co opowiedział ojciec Cezarego Baryki w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego. Chociaż można uznać, że wizja „szklanych domów” doczekała się spełnienia w latach 60. w podstołecznych miejscowościach pełnych szklarni.

Wieś, którą zamieszkiwała zdecydowana większość społeczeństwa była bardzo zróżnicowana i biedna. Bieda nie zawsze szła w parze z analfabetyzmem, bowiem właśnie w Galicji, najuboższej części zjednoczonego kraju, analfabetyzm był najmniejszy. Nie tylko dlatego, że Austro-Węgry nie ograniczały używania języka polskiego. Po prostu w biednych wioskach galicyjskich dominowały rodziny chłopskie świadome, że prawdziwe wyjście z biedy nastąpi wówczas, gdy wyjdzie się ze wsi, a najlepiej, gdy będzie się uczyć. Bywało, że z wielodzietnej rodziny typowano najzdolniejsze dziecko, któremu rodzinne „zrzutki” dawały szansę zdobycia nawet wyższego wykształcenia.

Głód ziemi i reforma rolna

Większość ziemi należała do klasy chłopskiej (13,5 mln ha, a do ziemian 6 mln). Dwie trzecie z 3,2 mln małych rolników było właścicielami gospodarstw karłowych, nie będących w stanie wyżywić z tej ziemi swojej rodziny. Żywienie było na bardzo niskim poziomie – głównie potrawy z ziemniaków i mąki, zaś mięso jadano w okresie świąt religijnych i uroczystości rodzinnych.

Głód ziemi dostrzegały rządy. Do 1925 r. starały się go łagodzić przez parcelację gruntów państwowych, wspólnot wiejskich i wspólnot religijnych. Łącznie nadano biedocie 9000 ha gruntów rolnych. Dopiero jednak dzięki uporowi wielokrotnego ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego, na wniosek rządu Władysława Grabskiego, sejm 28 grudnia 1925 r. przyjął ustawę o reformie rolnej, dzięki której rozparcelowano 1,9 mln ha użytków rolnych (plan przewidywał 2,2 mln), co oznaczało więcej niż na mocy dekretu PKWN z 1944 r. (1,2 mln ha, ale doliczono grunty poniemieckie i wyszło 6 mln ha).

Reforma odbywała się na zasadach dobrowolnych, właściciele otrzymali odszkodowania po cenach rynkowych, a nadzieleni kredyt ze spłatą na 40 lat. Parcelacji podlegały gospodarstwa powyżej 180 ha, ale były wyjątki. Dotyczyły one tzw. kresów (powyżej 300 ha), gospodarstw przemysłowych i wysokotowarowych (powyżej 700 ha). W pewnym stopniu dzięki przepisom tej ustawy rozwinął się przemysł przetwórczy na wsi, bo wystarczyło wybudować np. gorzelnię, aby uchronić ziemię przed parcelacją, albo za uzyskane odszkodowanie wybudować przetwórnię i dać zatrudnienie służbie folwarcznej, która je traciła po parcelacji. Jej dola była w międzywojennej Polsce wręcz dramatyczna. Za pracę od świtu do nocy płacono w mojej rodzinnej wsi 2 zł dniówki, podczas gdy na zbliżonym poziomie była stawka godzinowa w administracji wojskowej czy przemyśle. Właśnie służby folwarcznej dotyczył w okresie II RP w największym stopniu analfabetyzm. W mojej rodzinnej wsi żaden z mieszkańców tzw. czworaków (mieszkania dla służby folwarcznej) nie potrafił nawet się podpisać.

Skutki wielkiego kryzysu

O ile ogólnie reformę walutową przeprowadzoną w 1923 r. przez rząd Wł. Grabskiego ocenia się jako skuteczną, to dla mieszkańców wsi miała ona skutki negatywne. W jej wyniku drogie stały się wszelkie dobra przemysłowe, a produkty rolne relatywne staniały. Powiedzenie, że zapałkę dzielono na czworo wynikało z faktu, że aby kupić zapałkę, trzeba było sprzedać 2 jajka.

Wielki kryzys ekonomiczny polską wieś dotknął w największym stopniu. Dotyczył on nawet wielkich dóbr ziemskich, nie tylko chłopstwa. Jeden ze znanych powojennych dyrektorów PGR opowiadał mi, że będąc zarządcą majątku u jednego z najbogatszych właścicieli, musiał godzić się na brak wypłat pensji przez 3 lata. Ratowały go obfite deputaty, które chętnie jego szef rozdzielał, bo produkty rolne ciężko było sprzedać.

W tej sytuacji trudny był rozwój przemysłu produkującego dla rolnictwa. Fabryki nawozów w Mościcach i w Chorzowie mogły produkować więcej, ale biedna wieś nie była w stanie dużo kupować. Zapotrzebowanie na nawozy sztuczne były dużo mniejsze, pomimo większego niż po II wojnie światowej zasobu gruntów rolnych, bo na kresach uprawiano gleby I i II klas, nie wymagające takich ilości sztucznych nawozów, jak te pozyskane na zachodzie i północy.

Od konia żywego do mechanicznego

Nadmiar rąk do pracy w rolnictwie i niskie płace pracowników najemnych nie wymuszały stosowania techniki zwiększającej wydajność pracy w rolnictwie. Postęp techniczny, zwłaszcza przy pracach polowych, jednak był. Jego prekursorami byli właściciele dużych majątków ziemskich, ale niekoniecznie ci najwięksi. Stopniowo na polach pojawiały się maszyny parowe, które wykonywały prace polowe w dwojaki sposób: jako samojezdne ciągnące pług lub inne narzędzie, albo jako stacjonarne (musiały wówczas być dwie) ciągnące na linie np. odwracalny pług.

Przez całe międzywojnie, a i wiele lat po przejściu frontu II wojny światowej, podstawową siłą pociągową na polskiej wsi były konie. W wielu dworach funkcjonowało „stanowisko” wolarza (poganiacza wołów), a wielu ubogich rolników do prac polowych używało... krów. Bycie właścicielem konia (najlepiej pary) podwyższało status i pozwalało na pewną niezależność. Jeszcze na początku lat 70. w Polsce żyła większość koni europejskich.

Pierwszą prostą maszyną rolniczą powszechnie stosowaną w całym kraju był kierat, przenoszący pracę konia na sieczkarnię lub prostą młocarnię. Wykonywanie omłotów przy pomocy cepu stopniowo zanikało. Proste młocarnie tzw. kolcówki stopniowo zastępowano wydajnymi młocarniami czyszczącymi i sortującymi ziarno, napędzanymi przez maszyny parowe (nazywano je parówkami), a po II wojnie światowej przez proste silniki spalinowe.

Żniwiarzy z kosą i sierpem zastępowały konne maszyny zwane żniwiarkami. Wykopywanie ziemniaków motykami zastępowały konne kopaczki gwieździste. Jedne i drugie produkowano w Polsce. Takie stosunkowo proste zestawy maszyn dawały szansę wykonywania usług i dodatkowe źródło dochodów. Ten prywatny rodzaj usług został zastąpiony w latach 50. przez kółka rolnicze, które miały bogatą tradycję sięgająca zaborów. Tworzone na chłopskich wsiach w latach 50. i 60. otrzymały państwowe wsparcie przydziałami ciągników i zestawów maszynowych kupowanych z tzw. Funduszu Rozwoju Rolnictwa (rodzaj podatku).

Od Ursusa do Bizona

Pierwsze ciągniki rolnicze (Ursus C 45) pojawiły się na polskich polach niedługo po II wojnie światowej. Były proste w budowie (silnik jednocylindrowy), trudne do uruchomienia (podgrzać trzeba było tzw. gruszę żarową) i ciężkie. Trafiły do dużych gospodarstw państwowych i spółdzielczych i szybko zakończyły żywot. Mechanizację chłopskiego rolnictwa rozpoczęła czechosłowacka marka ZETOR lekkim ciągnikiem, który szybko został zastąpiony przez podobnej klasy ciągniki rodem z Ursusa (C 325), które nadal służą wielu rolnikom. Ten bardzo udany wytwór rodzimej techniki miał być w latach 70. zastąpiony przez licencyjną marką z Wielkiej Brytanii, ale do tego nie doszło (choć produkcja Fergusonów w Ursusie ruszyła), bo zaczęły się kłopoty dewizowe i kryzys przełomu lat 70. i 80.

Mniej udane były kombajny zbożowe Vistula z Płocka. Jednakże ich następca Bizon należał do najlepszych polskich produktów technicznych. To dzięki Bizonom został zmechanizowany zbiór zbóż, a pojęcie żniw, jako najpracowitszego okresu prac polowych na wsi, zniknęło z kalendarza. W dawnej Fabryce Maszyn Żniwnych w Płocku nadal produkowane są kombajny zbożowe, a ich wytwórcą jest firma włoska. Natomiast marka Ursus istnieje, ma się dobrze, produkuje ciągniki (głównie na eksport), ale nie w warszawskim Ursusie. Polscy rolnicy kupują z unijnych dopłat ciągniki z Czech, Francji czy Włoch, a nawet z USA.

Postęp biologiczny

Międzywojenne rządy szczególną troską otaczały hodowlę koni, które wykorzystywała m.in. armia. Stworzono stadniny koni i stada ogierów, które wiosną rozsyłano po wioskach, aby podtrzymywać rasowość polskiej hodowli. Tak skutecznie o to dbano (do końca minionego stulecia), że stworzono wiele rodzimych ras od sportowych (wielkopolskich) po zimnokrwiste (np. sztumskie), a konie czystej krwi arabskiej z Polski uchodziły i uchodzą za najbardziej pielęgnujące rasę.

W branżowych instytutach naukowych stworzono rodzime rasy trzody chlewnej (puławska i złotnicka), ale największą popularność zdobyły pochodzące z Wielkiej Brytanii (np. wielka biała angielska, obecnie zwana polską) czy biała zwisłoucha. W hodowli bydła przez lata dbano o trzy rasy: nizinna czarno-biała, nizinna czerwono-biała oraz czerwona polska. Po zmianie technologii produkcji mleka, wymuszonej przez rodzime mleczarnie, dominuje rasa holsztyńsko-fryzyjska rodem z USA, dzięki której roczna wydajność mleka od krowy nie wynosi już 3 tys. l, lecz często przekracza 10 tys. l. Prace hodowlane nad polskimi owcami (głównie merynosami) trwały latami, aż ich pogłowie spadło z blisko 6 mln sztuk do ok. 300 tys. Obecnie polską specjalnością hodowlaną jest produkcja drobiu mięsnego. Nasz kraj jest światowym liderem w dostawie przetworów z mięsa drobiowego, a szczególną markę ma gęś kołudzka.

Polska jest na podium w światowym eksporcie jabłek i koncentratu soku jabłkowego. Duża w tym zasługa prof. Szczepana Pieniążka, który po powrocie ze stażu w USA (wyjechał w 1938 r.) wprowadził w kilku regionach (m.in. grójeckim) nowe odmiany drzew plonujące corocznie. Wprawdzie mroźna wiosna 1989 r. przetrzebiła te sady, ale posadzono nowe, jeszcze bardziej wydajne. Takim „Pieniążkiem” w uprawie zbóż był prof. Tadeusz Wolski, znakomity hodowca plennych zbóż i twórca odmiany pszenżyta wysiewanego na całym świecie.

 ***

W tym stuleciu nie sposób pominąć znaczenia wspomnianego już dekretu PKWN z 1944 r. „O reformie rolnej”. W jego wyniku rozparcelowano (bez odszkodowań) i nadzielono nowym właścicielom łącznie z gruntami poniemieckimi blisko 6 mln ha. Skorzystali na niej głównie dawni pracownicy folwarczni, część chłopów (tzw. upełnorolnienie) oraz przesiedleni z Kresów na ziemie zachodnie i północne. Po parcelacji na tzw. resztówkach utworzono początkowo duże gospodarstwa jako Państwowe Nieruchomości Rolne przekształcone w PGR-y. Parcelacji podlegały gospodarstwa powyżej 50 ha, a na tzw. ziemiach odzyskanych i w Wielkopolsce powyżej 100 ha. Wprawdzie poprzedni właściciel mógł zostawić siedlisko, ale zazwyczaj bezprawnie bywał wysiedlany lub wyganiany przez dawną służbę folwarczną. Przez to uległo dewastacji wiele dworów i pałaców, ale niektóre uratowano i funkcjonują jako muzea (np. Nieborów czy Kozłówka).

W Polsce, uchodzącej przez prawie pół wieku za kraj socjalistyczny, nie udała się kolektywizacja rolnictwa. Dzięki oporowi polskich chłopów nie doszło do niej w latach 50., nie udało się do planowane przekształcanie tzw. SKR-ów (spółdzielni kółek rolniczych) w spółdzielnie produkcyjne. Sektor socjalistyczny w rolnictwie stanowiły głównie Państwowe Gospodarstwa Rolne (ok. 15% użytków), które bardzo kłuły w oczy solidarnościowych reformatorów, więc w wielu rejonach je po prostu zniszczono i zdewastowano (obecne woj. zachodniopomorskie). W mądrej Wielkopolsce i okolicy przetrwały jako majątki Skarbu Państwa i świetnie prosperują.

Polska wieś nie jest już przeludniona, a wręcz przeciwnie – korzysta z pracy Ukraińców i Białorusinów. Dzięki unijnym dotacjom jest zmechanizowana i tworzy w większości regionów gospodarstwa specjalizujące się np. w produkcji mleka, jabłek, drobiu, a nawet pieczarek (największy eksporter w Europie), truskawek i malin czy zbóż.

Chociaż liczone przez statystyków dochody ludności wiejskiej są niższe od uzyskiwanych w miastach, obecny mieszkaniec wsi jest bogatszy od mieszkającego w mieście. Ma zagwarantowaną od lat 70. opiekę zdrowotną i rentę rolniczą. Rolnicy nigdy nie odzyskali rekompensaty za obciążenia z tytułu tzw. obowiązkowych dostaw zbóż czy żywca ani odszkodowań za prześladowania (więzienie) za niewywiązywanie się z nich.

Henryk Piekut

 

Różnice w PKB na głowę między zaborami były ogromne. W Wielkim Księstwie Poznańskim ten wskaźnik wynosił 3660 USD (siła nabywcza z 2000 r.), w Królestwie Polskim (Kongresówka) 1710 USD, a w Galicji tylko 1220 USD.

W czasie I wojny światowej na terenach przyszłego państwa polskiego ubyło 1817 tys. sztuk bydła i 987 tys. koni, a po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej leżało odłogiem 4,5 mln ha ziemi ornej. Na wielu obszarach wiejskich panował głód pogłębiony przez niefunkcjonującą dystrybucję. Powojenna koniunktura na żywność, zamówienia rządowe i chociaż powolne, ale jednak reformowanie rolnictwa, poprawiły sytuację mieszkańców wsi, którą potem niestety pogorszyła reforma walutowa Władysława Grabskiego.

W czasie II wojny światowej sytuacja ludności wiejskiej – mimo rekwizycji i wymuszonych dostaw –poprawiła się. Był to efekt radykalnego wzrostu cen rynkowych żywności oraz polityki okupanta wymuszającej wzrost produkcji rolnej. System kartkowy na żywność obowiązywał jeszcze do 1949 r. Poziom produkcji rolnej z 1937 r. osiągnięto dopiero w 1955 r. Wieś finansowała rozwój przemysłu w latach Planu 6-letniego (1950-1955) m.in. w drodze wymuszanych obowiązkowych dostaw zbóż i żywca, a okresowo nawet mleka i ziemniaków. Rolnicy otrzymywali wprawdzie zapłatę, ale po cenach o ok. połowę niższych od rynkowych.

Dostawy zostały zniesione w 1957 r., kiedy zastąpiono je wpłatami na tzw. Fundusz Rozwoju Rolnictwa, służący finansowaniu zakupów ciągników i maszyn przez kółka rolnicze, które z czasem zaczęto łączyć w międzykółkowe bazy maszynowe (MBM-y), a następnie w Spółdzielnie Kółek Rolniczych (SKR-y), które w zamyśle miały stanowić podstawę tworzenia spółdzielni produkcyjnych.

Kierat z okresu międzywojennego

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lokomobila samobieżna White z 1910 r.

 

 

 

 

 

 

Ursus C-45 z 1949 r.

Zdjęcia: Muzeum Wsi Polskiej im. księdza Kluka w Ciechanowcu.

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl