Minikomputery


25-06-2018 20:37:22

Całkiem przydatne okazały się te komputery, szkoda tylko, że ich używanie jest aż tak kłopotliwe. Trzeba sobie załatwić przepustkę do ośrodka obliczeniowego, wbić się w fartuch i z obrzydzeniem założyć nadmiernie wyeksploatowane przez poprzednich wizytatorów kapcie. W środku zimno, bo klimatyzacja działała na maksa. Operatorzy się do tych temperatur przyzwyczaili, ale zanim im wyjaśni się, czego od nich chcemy, można porządnie zmarznąć. Czy naprawdę nie da się czegoś z tym zrobić? Tak, żeby komputery były mniejsze, nie zużywały tyle prądu i się nie przegrzewały, a dostęp do nich nie wymagał pośredników.

Lampy elektronowe miały wymiary takie, jakie miały i zbudowanych na nich maszyn nie dawało się odchudzić. A lampa, jak to lampa – nawet ta na biurku grzeje. Ale gdy zostały zastąpione przez tranzystory, pojawiła się nadzieja. W 1960 r. amerykańska firma Digital Equipment Corporation wprowadziła na rynek tranzystorową maszynę PDP-1 (Programmed Data Processor). Mieściła się w sporej szafie, ale tylko jednej. I była niewiarygodnie tania. Już za odpowiednik dzisiejszego miliona dolarów można sobie było kupić komputer.

Moda na minispódniczki

Rewelacja! Nareszcie nadeszło wyzwolenie od dyktatu personelu strzegącego ośrodków obliczeniowych. Koniec z klimatyzacją, fartuchami i kapciami. Takim właśnie wyzwolicielskim minikomputerem miał być ZAM-11, którego projekt opracowano w Instytucie Maszyn Matematycznych już w 1961 r. Niestety, nie udało się tego pomysłu do końca zrealizować.

Ale tranzystory to jeszcze nie to, o co naprawdę chodziło. Potrzeba było czegoś jeszcze mniejszego. I wtedy pojawiły się układy scalone. We wnętrzu niewielkiej kostki można było upakować wiele podstawowych elementów elektronicznych: tranzystorów, diod, oporników, kondensatorów i czego tylko jeszcze trzeba. Lawina ruszyła. Układy scalone rosły w siłę. Najpierw były o małej, potem o średniej, dużej, następnie o wielkiej, a w końcu o ultrawielkiej skali integracji. Każdego roku zasysały coraz więcej elementów i w końcu w każdym niepokaźnym chipie były ich miliony.

Digital sprawnie wykorzystał postępy technologii. W 1965 r. rozpoczęła się produkcja PDP-8, a w 1970 r. – PDP-11. Pod względem szybkości obliczeń nie ustępowały one aż tak bardzo dużym maszynom. Oba komputery były strzałem w dziesiątkę, sprzedawano je masowo aż do lat 90. ub. w. Tam, gdzie je instalowano, stawały się forpocztą nadchodzącej informatyzacji.

W 1970 r. przyjęto też oficjalną definicję minikomputerów. To maszyny dostępne za mniej niż 25 tys. USD, wyposażone w jakieś urządzenie do bezpośredniej komunikacji z użytkownikiem i dysponujące przynajmniej 4 tys. słów pamięci operacyjnej. Taka pamięć wystarczała do uruchamiania programów w Basicu, Fortranie albo innym języku wysokiego poziomu. Gabarytowo wcale nie były znowu takie mini, ale termin się przyjął. Może dlatego, że akurat wtedy zapanowała moda na minispódniczki.

Produkujemy tysiące minikomputerów

W Polsce, rzecz jasna, także próbowano stworzyć coś podobnego. Instytut Maszyn Matematycznych szybko opracował własną konstrukcję Momik 8b. To 8b oznaczało długość tzw. słowa maszynowego, czyli podstawowej porcji informacji, którą posługuje się komputer. W takiej właśnie postaci dokonuje na nim rozmaitych operacji i przechowuje w pamięci. Słowo składało się z bitów, zer lub jedynek, a jego długość była zwykle potęgą dwójki. Momik był maszyną o 8-bitowej długości słowa i stąd ten dziwny dodatek do nazwy.

 

 

 

 

 

 

Momik 8b

Produkcję uruchomiono w fabryce mierników na ulicy Łopuszańskiej w Warszawie, która przyjęła nazwę Zakłady Systemów Minikomputerowych Mera-ZSM. To była całkiem niezła konstrukcja, którą sprzedawano w pakiecie jako system Mera 300. Momik był zawsze sercem systemu, a jego numeracja od 301 do 306 zależała od konfiguracji i zestawu urządzeń peryferyjnych. Mera 300 bardzo dobrze się sprawdziła w zbieraniu i przetwarzaniu danych administracyjnych i obliczeniach inżynierskich w małych przedsiębiorstwach. Firmy otrzymywały wtedy komputery z rozdzielnika i zdarzało się, że ich nie rozpakowywano, bo nikt nie wiedział, jak tego sprzętu używać. Pracownicy ZSM musieli więc też zająć się szkoleniem.

 

 

 

 

 

 

 

Mera 302

W latach 1974-78 wyprodukowano w ZSM w ponad 3 tys. minikomputerów Mera 300 i Mera 400. 16-bitowa Mera 400 też była zaprojektowana w IMM i wzorowana częściowo na K-202 (o tej maszynie szerzej za chwilę). Jeszcze w 2015 r. była używana w dęblińskiej Szkole Orląt do szkolenia kontrolerów naziemnych.  Innymi, produkowanymi na mniejszą skalę polskimi minikomputerami były też Mera 100 (Mera Błonie) i Mera 60 (Mera Elzab).  Od 1978 r. w zakładach Mera zaczęto wytwarzać minikomputer Jednolitego Systemu SM3, wzorowany na PDP-11.  

 

 

 

 

 

 

 

 

Mera 400

Karpiński-202

Pierwszym polskim minikomputerem był jednak K-202. Ta oryginalna konstrukcja firmowana przez inż. Jacka Karpińskiego wyprzedzała swoimi rozwiązaniami możliwości produkcyjne polskich zakładów i nie weszła do masowej produkcji. Na tym bezpiecznym encyklopedycznym stwierdzeniu można by właściwie skończyć, bo losy tej maszyny i jej konstruktora były wielokrotnie opisywane – ten temat nawet całkiem niedawno poruszył Przegląd Techniczny.1

Jednak mimo że o tej sprawie powiedziano już chyba wszystko i przeanalizowano jej każdy szczegół, to trudno ją pominąć powyższym zdawkowym ogólnikiem. Zapadła bowiem głęboko w świadomość społeczną i dla wielu ludzi nie mających nic wspólnego z informatyką, stała się jedynym odnośnikiem do tej branży. To jest oczywiste dla każdego, kto wielokrotnie musiał się z tą legendą towarzysko konfrontować: Pan jest informatykiem? Pamiętam, że był taki genialny konstruktor komputerów, którego zgnoili w PRL-u i musiał hodować świnie. Jakże on się nazywał: Karpowicz, Karpiniuk? Znał go pan?

Zanim K-202 powstał, Karpiński miał już spore doświadczenie w projektowaniu podobnego sprzętu. W latach 50. skonstruował lampowe urządzenie do wspomagania prognozy pogody AHH i tranzystorowy analizator równań różniczkowych AKAT-1. Potem w piwnicach Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego stworzył udaną maszynę KAR-65 do przetwarzania wyników eksperymentów otrzymywanych ze szwajcarskiego CERN (Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych).

Demonstracja prototypu K-202 odbyła się w 1971 r. podczas poznańskich targów. Zwiedzający je pierwszy sekretarz PZPR Edward Gierek zatrzymał się i na oczach swojej świty przez kilkanaście minut rozmawiał z inżynierem. Wtedy właśnie Karpiński błysnął jedną ze swoich kultowych ripost. Na pytanie Gierka, czy uda się zrealizować produkcję tej maszyny, odpowiedział: A pomożecie?

Polak nie zawsze potrafi

K-202 był realizowany z udziałem kapitału brytyjskiej firmy MB Metals i w technicznej współpracy z firmą Data-Loop. Ale już na początku prototyp, który miał być dostarczony Data-Loop, dotarł grubo po czasie przewidzianym umową. Potem było jeszcze gorzej, bo wysłana do Wlk. Brytanii partia pierwszych 15 maszyn nie spełniła oczekiwań Anglików i została zwrócona. W kraju natomiast kampania pod hasłem „Polak potrafi” osiągała apogeum. Karpiński pojawiał się w telewizji i radiu, niemal każde z liczących się czasopism zamieściło z nim wywiad.

Rozkręciła się spirala wzajemnych oskarżeń, która zakończyła się wycofaniem strony angielskiej. Zostało to już szczegółowo dokumentowane w różnych źródłach internetowych2, artykułach prasowych, a nawet książkach.3,4 Nie ma więc powodów na przytaczanie tutaj tasiemcowych argumentów obu zainteresowanych stron, plus argumentów Zjednoczenia Mera i przedsiębiorstwa handlu zagranicznego Metronex, także istotnych rozgrywających podmiotów w tej sprawie.

Podobnie jest zresztą z oceną technicznej innowacyjności K-202. Kwestie nowatorstwa adresowania pamięci, jej podziału na bloki i przydzielania ich konkretnym procesom roztrząsano przez wiele lat. Rozmaicie oceniano też inne rozwiązania zastosowane w tej maszynie. Z przykrością muszę stwierdzić, że przez te wszystkie lata żaden z dyskutantów nie zwrócił się do mnie, ani do Eli5, chociaż mogli i powinni byli, zanim zaczęli pisać byle co. Chętnie odpowiedzielibyśmy na wszystkie pytania, a co najmniej wysłali dokumentację – przytomnie konstatuje Andrzej Ziemkiewicz6,  jedna z kluczowych postaci w tym projekcie.

Znowu te świnie

Karpiński ma dosyć tych przepychanek i decyduje się na zmianę radykalną. Kupuje poniemieckie gospodarstwo pod Olsztynem i oficjalnie przerzuca się na hodowlę: kury, jajka, krowa, świnie. Przyjeżdża więc ekipa Polskiej Kroniki Filmowej i nagrywa go przy karmieniu prosiaczków. A na koniec silnie zmotywowany głos zza kadru mówi z przejęciem: Zaiste jesteśmy bogatym krajem, skoro możemy sobie pozwolić na takie marnowanie talentów i wiedzy technicznej.

Aktualne wydanie Kroniki Filmowej wyświetlano przed każdym filmem pełnometrażowym, a do kina, ze względu na tanie bilety i słabe rozpowszechnienie telewizji, chodziło się wtedy regularnie. Większość dorosłych obywateli musiała to widzieć i każdemu parę komórek pamięci stałej zarejestrowało na zawsze i nie do wykasowania historię genialnego konstruktora komputerów, którego zgnoili w PRL-u i zaczął hodować świnie. Aż do dzisiaj antynomia „geniusz i świnie” jest na tyle nośna, że pojawia się w tytule niemal każdej postsensacyjnej publikacji dotyczącej tego tematu. Przy okazji cytowany jest zawsze inny błyskotliwy bon mot Karpińskiego, że woli mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.

Wydawałoby się, że zmiana ustrojowa stworzyła idealne warunki dla indywidualności takich jak on. Ale w latach 90. żaden z zamierzonych przez Karpińskiego projektów nie doczekał się realizacji. Potem już tylko projektował strony internetowe, co ledwo mu wystarczało na życie, ale na zabiegi rehabilitacyjne już nie zawsze.

Karpiński umarł w 2010 r. w wieku 83 lat i pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Tłumy przybyłe na jego pogrzeb nie zmieściły się w katedrze polowej Wojska Polskiego i większość osób musiała stać na zewnątrz.

Mit polskiego Billa Gatesa, któremu komuniści nie pozwolili rozwinąć skrzydeł przetrwał i ciągle odżywa we współczesnych mediach. Przy omawianiu tego okresu trudno się od tego ustrzec. Nawet w niniejszym artykule o polskich dokonaniach minikomputerowych ledwie połowa tekstu poświęcona jest udanym przedsięwzięciom, a reszta omawia tę spektakularną porażkę.

Marek Hołyński

1. Jerzy Bojanowicz: Minikomputer i świnie, Przegląd Techniczny, 7/2018

2. https://www.dobreprogramy.pl/macminik/K202-mityczny-komputer-Karpinskiego-czesc-3,77679.html

3. Piotr Lipiński: Geniusz i świnie rzecz o Jacku Karpińskim, wyd. JanKa, 2014

4. Roman Bratny: Lot ku ziemi, PIW, 1976

5. Mowa o Elżbiecie Jezierskiej-Ziemkiewicz, ważnym uczestniku projektu K-202 (prywatnie żona Andrzeja Ziemkiewicza), która jako jedna z niewielu kobiet została uhonorowana wpisem do Złotej Księgi absolwentów Politechniki Warszawskiej

6. Andrzej Ziemkiewicz, Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz: Rodzina maszyn K-202/Mera-400/MX-16, w Marian Noga, Jerzy S. Nowak (red.): Polska informatyka: wizje i trudne początki, PTI, Warszawa 2017

Komentuje Waldemar Rukść

14-15
Aktualny numer WSZYSTKIE
eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl