Filozofia pojęć technicznych (112). Schody


14-09-2017 16:42:28

Po śmierci Józefa Piłsudskiego popularna była pocztówka z Marszałkiem wkraczającym po schodach do nieba. U szczytu przybysza witali Kościuszko z ks. Józefem Poniatowskim. Wątpliwe, czy dla tych trzech panów owe schody były tak krótkie i łatwe jak na pocztówce, ale nie nam o tym sądzić. Niewątpliwe jest natomiast, że schody zawsze miały pewną „wartość metafizyczną”, a ich symbolika jest dość oczywista.

W kaplicy klasztoru loretanek w Santa Fe, w stanie Nowy Meksyk w USA są schody zabiegowe z nieznanego drewna, skonstruowane w sposób nieosiągalny dla przeciętnego cieśli, mianowicie bez żadnych dodatkowych elementów nośnych - tylko same stopnie. Według legendy twórcą ich jest wysłannik św. Józefa. Schody są duszą budynku; to element, który spaja poszczególne piętra w całość, tworzy spójną przestrzeń, zachęca też architekta i rzemieślnika do wymyślnych popisów, czasem graniczących z cudem. Ten duchowy wymiar jeszcze bardziej wymowny jest w obiektach sakralnych, które w dawnych wiekach lokowano przeważnie na wzgórzach lub zboczach. Każdy zapamięta np. schody prowadzące na Akropol czy też do niesamowitej bazyliki Sacre Coer w Paryżu na wzgórzu Montmartre.

 W "cywilnym" budynku mieszkalnym ludzie z różnych pięter – równoprawni sąsiedzi  tu, na schodach się spotykają i nawiązują wzajemne relacje. Gdyby nie schody, może w ogóle nie mieliby okazji się poznać. W pałacach arystokracji dostęp do schodów głównych, reprezentacyjnych był ograniczony – dla służby projektowano schody „kuchenne” w tylnej części obiektu. Główne zaś służyły do majestatycznego witania gości i w ogóle do reprezentacji. Nikomu nie przychodziło więc do głowy, że rozbudowując klatkę schodową ponad miarę praktyczną marnuje zbyt wiele przestrzeni, która mogłaby być wykorzystana do innych celów. Widać te inne cele uważano za mniej ważne od prestiżu i - być może- symbolicznej, a czasem ukrytej funkcji obiektu. Przybysze naturalnie znajdowali się niżej  niż gospodarz stojący na schodach i o to właśnie chodziło, by już na wstępie olśnić przepychem oraz majestatem. Nie do pomyślenia było oczywiście, by magnat witał np. króla stojąc na schodach, ale i takie przypadki niestety, zwłaszcza w Polsce, się zdarzały.

Jednak polska architektura nie słynie z majestatycznych schodów; nawet na Wawelu czy w warszawskim Zamku Królewskim schody niczym specjalnym się nie wyróżniają. Za to w czasach nam bliższych nie brakło architektów, zwłaszcza zwolenników historyzmu, którzy "schodową" inwencję wyjątkowo cenili. Przepyszne  schody projektowali  m.in. Stefan Szyller i Władysław Marconi. Obaj panowie studiowali architekturę w Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, w kraju gdzie człowiek wchodzący do pałacu zarówno prywatnego jak i carskiego musiał czuć się "pod władzą postawionym", przebyć monumentalną i władczą przestrzeń, przez którą nie sposób przemknąć się niepostrzeżenie, na której jest się całkowicie obnażonym i marnym. Nawet słynne schody odeskie ("Potiomkinowskie") prowadzą pod pomnik pierwszego gubernatora Odessy i do kilku reprezentacyjnych gmachów.  

Samoistnym dziełem sztuki i rzemiosła schody zostały w okresie rokoka w XVIII w. Wówczas to zaczęto sprzedawać kręcone schody dębowe lub odlewane czy kute do pałaców i bibliotek. Z takiego rzemiosła słynął m.in. Gdańsk, lecz niestety  do naszych czasów dotrwało ich tam niewiele, bo co cenniejsze wymontowywano z kamienic i wyprzedawano. Jedne z takich schodów zawędrowały do pałacu Potockich w Krzeszowicach, a teraz są w...Collegium Maius w  Krakowie.

Dziś sztuka schodowa jest wybitnie rozwinięta, zwłaszcza we wnętrzach apartamentowych - można kupić gotowe o najbardziej fantazyjnej konstrukcji. Ale jednocześnie, jeśli odrzucimy zdobienia i sposoby mocowania stopni - jest to jeden z najbardziej stałych elementów architektury. Wzór 2h + s = 60-65 cm (h - wysokość stopnia, s - szerokość) w zasadzie się nie zmienił od czasów starożytnych, gdyż chodzimy podobnie jak Sokrates i mamy podobne stopy. Coraz częściej jednak jeździmy windą lub schodami ruchomymi, a więc biernie korzystamy z wysiłku maszyn, co pozbawia nas poczucia podległości wobec monumentalnej przestrzeni. Za to narzuca nam podległość względem ruchu, który wydaje się suwerenny i kapryśny, niezależny nawet od woli właściciela budynku. Ów właściciel też będzie bowiem bezradny wobec awarii i może zostać więźniem własnej windy.

Zygmunt Jazukiewicz

Komentuje Waldemar Rukść

eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl