Filozofia pojęć technicznych (106). Plastik


14-05-2017 17:12:24

Jednym z paradygmatów współczesności jest poprzedzanie techniki przez naukę. Nauka odkrywa prawa ogólne, stwarzając wiele możliwości, które następnie wykorzystuje technika. Dzisiaj inżynier musi poznać podstawy teorii naukowej i wbija się mu w głowę, że nie można ich ominąć. Ale nie zawsze tak było. Co najmniej do końca XIX w. drogi rozwoju tych dziedzin nie pokrywały się. Przemysł żądał od techników konkretnych rozwiązań w możliwie najkrótszym czasie, a więc metoda prób i błędów, w której dużą rolę odgrywa intuicja, wydawała się najprostsza. Algorytm, do jakiego ostatecznie prowadzą badania i operacje teoretyczne, bywa wieloznaczny; może prowadzić do wartościowego z punktu widzenia praktyki konceptu, ale to wymaga dłuższej drogi. Dlatego baronowie XIX-wiecznego przemysłu raczej nie byli przesadnymi entuzjastami nauki.

Dobrym przykładem tej dwutorowości jest historia chemii organicznej. Zarówno Friedrich Woehler, który pierwszy zsyntezował związek organiczny (mocznik), jak i Friedrich August Kekule von Stradonitz (twórca teoretycznych podstaw chemii organicznej) byli szacownymi profesorami uniwersytetu. Pierwszy materiał organiczny istotny przemysłowo wytworzył rasowy inżynier, metalurg Aleksander Parkes. Była to parkesina, czyli po prostu celuloid na bazie nitrocelulozy, opatentowany w 1858 r. Z pierwszych chemików organicznych żartowano, że wyprzedził ich już jaskiniowiec, z łatwością zamieniając zol w żel przy gotowaniu galarety z nóżek lub pieczeniu jabłek (żelatyna jest niesłychanie złożonym związkiem, więc do dziś nie wytwarza się jej sztucznie). Celuloid w gospodarce miał jednak znaczenie marginalne (w produkcji lalek, taśmy filmowej i piłek pingpongowych), a jego palność natychmiast dała się we znaki, więc zastosowania przygaszono, choć taśma celuloidowa przetrwała – w 1955 r. w Wielopolu Skrzyńskim, z jej powodu, w trakcie seansu kina objazdowego spłonęło 58 osób (w większości dzieci). Był to jeden z najbardziej katastrofalnych pożarów w historii Polski. Ponadto celuloza jest biopolimerem, a mówiąc „plastiki", mamy jednak na myśli polimery sztuczne.

Miano plastiku, emblematyczne dla nowej epoki XX w., zdobył dopiero bakelit, tworzywo z tak paskudnych składników jak fenole i formalina, opatentowany przez Leo Hendrika Baekelanda w 1908 r. Wynalazca był profesorem uniwersyteckim, a więc to już czasy zbliżenia między techniką i nauką. Bakelit zwyciężył, ponieważ jest słabo palny, jest też izolatorem, co zaważyło w czasach burzliwego rozwoju elektrotechniki. Był to sukces krótkotrwały, gdyż na rynek gwałtownie wdarła się petrochemia, przejmując pałeczkę w tworzeniu plastycznych polimerów, których liczbę i rodzaje trudno dziś nawet wymienić. Apogeum rozwoju sztucznych polimerów nastąpiło w latach 60., kiedy wierzono, że mogą zastąpić każdy materiał. Cywilizacja stała się plastikowa, co łatwo zauważyć np. w Muzeum Techniki NOT. Produkcja osiągnęła taką skalę, że szybko ruszyli do szturmu ekolodzy, wskazując na katastrofalne skutki odpadów plastikowych dla środowiska, przenikających wszędzie, zwłaszcza do gleb i oceanów. Nawet Sahara jest usiana milionami toreb z polietylenu, które wiatr roznosi przez tysiące kilometrów. Przedmioty tanie, jednorazowego użytku powinny być łatwo rozkładalne, a nie są i to jest obecnie główny problem z plastikiem. Bakterie plastikożerne nie chcą się mnożyć, recycling przemysłowy prowadzony jest bez należytej powagi, gdyż ciągle taniej wyprodukować nowy plastik, niż wykorzystać przetworzony. Coraz bardziej palące staje się pytanie: czym zastąpić plastiki lub jak je zmodyfikować? Z nadzieją patrzymy na nanomateriały. Ale te mogą stać się jeszcze większym problemem.

Zygmunt Jazukiewicz

Komentuje Waldemar Rukść

9-10
Aktualny numer WSZYSTKIE
eNOT.pl - Portal Naczelnej Organizacji Technicznej | eNOT.pl